gdzies–pomiedzy blog

Twój nowy blog

mój czas

Brak komentarzy

Stara – nowa. Zmęczona – zrelaksowana. Życie bez chronicznego napięcia. Życie – pełnią życia? 

Moje poranki. Moje dni, chwile, godziny. Moje wieczory. Mój czas. 
Ciesz się tym, żyj tym. Czerp z tego siłe i radość. 

Zacznij pisać. Co wieczór jakiś żal, że kolejny dzień mija bez zapisanego słowa. Bez jakiejkolwiek próby zmierzenia się z sobą, czy choć zatrzymania na chwilę tego mknącego biegu myśli.
Trudno :) trudno zwolnić. Trudno też wyłowić z żywego życia to najważniejsze coś. Poczucie, że zaczynamy żyć od nowa, że stoimy wciąż u progu nowego. Że mogę robić i nie robić, nie myśląc, że za chwilę ktoś mnie od tego oderwie, bądz robić w ciągłym poczuciu, że powinnam być w innym miejscu, przy tej osobie.
Terapia trwa. Z każdą kolejną sesją łapię się na tym, że faktycznie jej potrzebowałam i że to co jest teraz ma bardzo duże znaczenie w tym całym moim przejściu.
Pożegnanie tamtego życia, z tamtą częścią mnie samej. Przyjęcie tego nowgo, które się rodzi. Każdego dnia.
Zawodowo jakby zwolniło – może ciut więcej ładu, choć nieprzewidywalność mojej pracy odnośnie klientów i zleceń jest stałym elementem, który prawdopodobnie zawsze będzie jedną wielką niewiadomą.

Napisałam.

Niby każdy ranek jest podoby a jednak inny. Podobny na tyle,
że już na wstępie można by go było znienawidzić  - inny na tyle, że jednak warto dać mu szansę.

Zmęczona zimą i czekaniem na wiosnę. Zmęczona przenikliwym
chłodem wiatru i codziennymi wiadomościami – ze świata. Onet stał się dla mnie
przyzwyczajeniem w formie porannej dawki praktycznie w całości dołujących,
złych i irracjonalnych informacji.

Miałam rześko wstać o siódmej, ale jedyne na co było mnie
stać to na wyłączenie budzika w komórce. Cóż… po co sobie odbierać coś co jest
akurat w danym momencie tak przyjemne?

W moich ambitnych planach na dziś jest praca, później
spotkanie ze znajomą.

W tych bardziej odległych jest znalezienie sukienki na
wesele i komunię plus  świąteczne
porządki, które tym razem obejmą cały dom.

Jutro wolne. Może dam radę wybić się ponad schemat i wyluzowana
przeżyć dzień ;)

Marzy mi się jakieś przemeblowanie w Galerii, aczkolwiek,
musi być na tyle funkcjonalnie by dało się tam w miare swobodnie poruszać na
tych piętnastu metrach kwadratowych.

Czas zaczać dzień.

sen

Brak komentarzy

Byłam w środku starej budowli. Robotnicy rozbierali mury. W
końcu ukazał się obiekt, z rozebranymi ścianami, zostały tylko główne
fundamenty i główne ściany podtrzymujące dach.

Stałam tam i rozglądałam się wokół. Stan był zadowalający na
rozpoczęcie nowych prac i robót poczynając od murowania nowych ścian.

To wszystko co jest, jest bardzo nowe. Na tyle nowe, że od
kilku dni wciąż mnie zadziwia i zastanawia. Docierają do mnie przeróżne fakty,
momenty i póki co dość zaciekle je w sobie analizuje.

Dla większości ludzi w tym kobiet to raczej normalne, że
dbają o dom i wiedzą jak to robić ;) U mnie sprawa wygląda nieco inaczej, bo
wychodzi, iż przez większość czasu odkąd tu mieszkam robiłam to bo musiałam –
najczęściej na ostatnią chwilę i przed generalnymi wizytami ważnych dla mnie
ludzi. I jakby na to nie spojrzeć porządki i sprzątanie to bardzo duża część,
która pochłaniała mój czas.

Zawsze podziwiałam ludzi, których odwiedzałam – rzadko bo
rzadko ale jednak – gdzie wszystko jest na swoim miejscu, nie wypada z szaf i
szafek a podłóg nie pokrywa kurz.

Nasze „wielkie sprzątanie” zaczęło się chyba od chwili
ostatniego Naszego remontu, gdzie wszystko urządzamy sami i pod własny styl i
gust.

 

Ostatnio tak się jakoś składa, że po tej wielkiej przedświątecznej
panice i gorączce – po powrocie z sanatorium i urlopu, kiedy to poprzez terminy
i wołający mnie świat – odzyskałam ciut uspokojenia i poczucia czasu. W
zasadzie wciąż go odzyskuję…

Przez ostatnie trzy lata robiłam co mogłam by sprostać temu
wszystkiemu. Trzy lata – tak naprawdę to kropla w morzu, jeśli chodzi o
wewnętrzne schematy, przemiany i wgląd w to. Niby dzieje się dużo, niby to
wielkie milowe kroki. Zwycięstwa i przełomy.  

 

Śmierć babci to diametralna zmiana w całym dotychczasowym
życiu. W moim myśleniu, przyzwyczajeniach i codziennych obowiązkach.

Teraz kiedy praca ucichła i spędziłam tydzień w domu na
odgruzowywanu go, wiele z tej codzienności do mnie poprzychodziło w ciszy i
byciu tu samej.

Być może nadchodzące Święta sprawiają też, że Ona sama jest
częściej w moich myślach. Być może.

Była z nami na ostatniej zeszłorocznej Wigilii. Jedynej na
jakiej u nas była i  w zasadzie cieszę
się z tego i jest mi z tym ok.

Powroty do jakiejkolwiek powieści zawsze sprawiają, że
nabieram dystansu do własnego życia i zaczynam je widzieć. Czytając,
przedzierając się przez kolejne strony i losy bohaterów zaczynam widzieć, że w
życiu każdego człowieka jest czas na Życie. Że to co mnie spotyka, to co czuję,
czego doświadczam jest moją historią. I nawet jeśli tkwię w tym swoim lawirującym
odrealnieniu mimo wszystko Życie wyśpiewuję tę moją pieśń.

Przez ten porządek, którego dokonałam ostatnimi czasy dziś
czuję się zadowolona. Brakuje jeszcze kilku ważnych działań ale widać światełko
w tunelu niekończącego się bajzlu.

Porządek na chwilę to żadne wyjście. Moim celem jest
utrzymanie go na stałym poziomie a tego dokonam jedynie – regularnie dbając o
tę czystość.

To w zasadzie identycznie jak z higieną osobistą i
psychiczną.

I tyle, ze spowiedzi o poranku ;)

Przed momentem wróciłam do wspomnień sprzed roku, zapisanych na łamach tegoż pamiętnika.
Prawie wszystkie notki to sny. Widać zatem, że coś niecoś poprzestawiało mi się w główce, skoro snów jest znacznie mniej a i ich pamiętliwość się obniżyła.
Teoretycznie i praktycznie, przeobraża się moja jakość życia na wielu płaszczyznach.
Bardziej po polskiemu to zdanie brzmiałoby, iż – teoretyczne i praktycznie, moja jakość życia przeobraża się na wielu płaszczyznach :)
Od zawsze mnie zastanawia ten mój przestawiony szyk w zdaniach.
Ból biodra prawdopodobnie ma przyczyne w skrzywionym kregosłupie – tak stwierdziła lekarka po telefonicznych oględzinach ;) w tajemnicy zamierzam udać się fizycznie do lekarza i zobaczymy co rzeknie.

Chciałabym jutro zrealizować swój plan i upiec świąteczne ciasteczka. Znalazłam przepis na maślane.
Chciałabym też zrobić sobie przepiśnik – a to z koleii taki sprytny scrapbookingowy album na przepisy aczkolwiek z tym zejdzie znacznie więcej czasu niż z ciasteczkami a i praca „nad” będzie wyglądała zupełnie inaczej.
Mam też w planach zamiar pójść jutro do pracy. Dawno  mnie tam nie było…  ciekawa jestem wrażeń i odczuć.

Przeczesuję net w poszukiwaniu różnych inspiracji. Urzekają mnie i oczarowywują te wszystkie vintag’owe blogi, gdzie dosłownie piękno miesza się z magią tego jak można twórczo mieszkać i żyć.
Chciałabym tak. Choć w maleńkiej części ale chciałabym.
O emocjach nie chce mi się. O jakichś głębszych przemyśleniach też nie.
Czas na sen.

bądź

1 komentarz

Grudniowa noc. Za oknami odwilż. Coraz trudniej przychodzi
mi pisanie.

Sens i bez sens prześcigają się w dzikim tańcu zmęczenia i
zwątpienia. Niby lubię to co robię ale do jasnej ciasnej… czemu sprawia mi to
tyle trudności. Jakbym pracowała po uszy zanurzona w jakiejś gęstej smolistej
cieczy. Zero w tym lekkości, zero świeżości.

Jakoś mnie nie ciągnie ani do światełek ani do całej
świąteczności świąt. Taaak. Znów przeze mnie przemawia ten najmarudniejszy z
możliwych smerf Maruda!

Dobija mnie komercja świąt. Jasne, nie muszę w tym brać
udziału. Czy aby na pewno nie muszę?

Tak to ma wszystko funkcjonować. Galeria – Pracownia. Ta
tam, Ta tu. Ja tam i tu. Ja tu i tam.

Pieniądze się zarabia i wydaje. Zarabia i wydaje.  Wydaje i zarabia. Zarabia po to by wydawać i
mieć CO wydawać. Z koleii cały interes ma się rozrastać, coraz lepiej
funkcjonować, przynosić dochody i zyski.

Dość.

Poezja się wije po okręgu

Dni błyskawicznie przemijają.

Od niechęci do wstrętu.

Z przymuszenia

Od nadzieii do obłędu.

 

Nabierz powietrza, odrzuć od siebie ten syf, przymuszenie,
ciężar, zduszenie.

Obejmij księżyc, przytul się do Nieba i po prostu bądź.

sny

1 komentarz

Zapisane nocą – gonił pies, zaklęcia, prąd, konkurencja.

W rozwinięciu to wyglądało tak… nowa firma zajmująca się „rozwojem osobistym” (joga i inne czary mary) otwarła się gdzieś nieopodal mnie, choć okazało się, że to skraj dużego lasu. W środku miło i przytulnie choć miejsca niewiele. Wychodząc stamtąd zauważyłam psa, który nie był ani miły ani przyjemny. Był duży i zły. Warczał a po chwili rzucił się za mną w pościg. Uciekałam więc przez ten las aż wpadłam w jakieś okopy – zaczęłam się czołgać a nade mną leciały we wszystkich możliwych kierunkach druty wysokiego napięcia… tak z metr nad ziemią. Podłoże zaczęło się wznosić więc druty były coraz niżej iskrzyło z nich i było widać jak w środku „leci prąd”.
Nie chcąc narazić się na porażenie zawróciłam i wyczołgałam się z tej pułapki… a tam oczywiście czekał na mnie Ten pies aczkolwiek teraz zmieniła mu się sierść z brązowej na czerwoną więc tym razem gonił mnie czerwony pies :|
Odnośnie zaklęć… cały sen był spowity jakimś magicznym klimatem.
Podobnie jak jego druga część.
Basen, niewidzialne moce, zastygła w marmurze – gipsie – kamieniu twarz przyjaciela. Maska opadła na dno a On sam nadal był z nami.
Pływałam tak jak normalnie nie pływam, czyli na plecach wymachując do tyłu ramionami. Generalnie wszyscy obecni w basenie byli chronieni przed kimś i przed czymś istniejącym a niewidzialnym.

nadmiar

1 komentarz

Przenieś się tam gdzie znajdziesz siebie. Przez chwilę
zatrzymaj się w biegu.

Nikt ani nic nie zrobi tego za ciebie. Wiesz o tym, ale nie pozwalasz
na to by usłyszeć to co żyje tam w głębi i woła.

Przenoszę się tam gdzie znajdę siebie. Zatrzymałam się w
biegu. Nikt ani nic nie zrobi tego za mnie. Wiem o tym ale nie pozwalałam
sobie, mając cichą nadzieję, że to rozpłynie się i przeminie.

Jednego dnia tęsknota za pisanym słowem krwawi, następnego tak
jakby jej nigdy nie było. Czytanie czyichś słów przynosi wrażenie lekkości,
ubranie własnych myśli w słowa wymaga wysiłku.

Rzekłabym – dość owijania w bawełne…

Napisałam tamten list, pożegnałam się z Tobą, łamiącym się
głosem odczytałam słowo po słowie. Wypowiedziałam to z siebie wszystko. Na
pewno wszystko?  Wszystko jest takim
samym uogólnieniem jak zawsze lub nigdy.

Żałoba to proces indywidualny  - usłyszałam na swoje pytanie – jak długo to
potrwa.

Jej mieszkanie zostało przemalowane, przemeblowane i
pozbawione większości sprzętów i rzeczy osobistych.

Jeszcze przed wyjazdem do sanatorium, jakby w pośpiechu,
bardzo niepewnie z dziwnym uczuciem bezradności i powinności.

Wydaje mi się, że minęło bardzo niewiele czasu od tamtego
dnia kiedy odeszłaś.  Wydaje mi się, że
wydarzyło się mnóstwo rzeczy od tegoż samego czasu.

Wydarzenia jedno po drugim lawinowo, samoistnie zupełnie tak
jakby chronologicznie były już gdzieś wcześniej zapisane a teraz tylko i
wyłącznie realizowane i urzeczywistnione.

Moje marzenia poniekąd spełniają się jedno po drugim a ja
jakby nie dość dojrzała na ich przyjmowanie.

Pracownia w Twoim salonie i sypialni, bo większość czasu
spędzałaś w tym jednym pokoju. To właśnie to miejsce omijałam szerokim łukiem,
wpadałam z krótkim cześć i całą sobą uciekałam byle dalej.

Taki paradoks. Ten paradoks od dwóch dni mnie prześladuje i
wpędza w dobrze znany stan.

Czuję się jak ten chomik w karuzeli z reklamy, który biegnie
i biegnie a koło się kręci i kręci i w zasadzie nie wiadomo czy paść ze zmęczenia
czy może wyskoczyć.

Tyle słów, których nigdy nie powiedziałam. Tyle uczuć, które
nie miały żadnych szans na wyjście poza. Większość starć i potyczek emocjonalno
słownych toczyło się w tym właśnie miejscu.

Tak trochę czuję się jakbym Cie zdradziła. Może z czasem ta
cała mieszanka wspomnień i obrazów zblednie.

Dałam temu miejscu nowe życie wnosząc tam siebie, swoją
pracę, swoje pasje.

Wczorajszy sen: znajduję dwa kwiaty na parapecie okna. Są zabiedzone, mają pożółkłe liście. Podnoszę je w górę i zauważam, że ziemia i korzenie toną w nadmiarze wody. Wylewam wodę, wkładam kwiaty do donic mając nadzieję, że to im pomoże i uratuje.

Spróbuję pisać codziennie, bo trudno tak wydobyć z siebie wszystko…

 


  • RSS